Poszłam na ten film, bo lubię historie o nieudacznikach. Zaśmiewam się i wzruszam, kiedy odnajduję na ekranie postać podobną do mnie; ogarniętą postępującą rozpaczą, miotającą się od ściany do ściany, a jednak ulegającą rozkładowi życia. Postaci filmowych nieudaczników są bogato przystrojone, doskonale skrojone i z reguły zupełnie nieprawdziwe. Tylko dzięki temu utrzymują się w rankingach popularności na pierwszym miejscu, a masowy odbiorca nie wyobraża sobie bez nich życia. Filmowy nieudacznik to tylko z pozoru ktoś, komu się nie wiedzie w życiu. Kino ma tę zaletę, że utrzymuje naszą uwagę przez godzinę, podając nam z reguły najbardziej banalną historię, oprawioną wysmakowanymi zdjęciami i dobrą muzyką, a historia, którą opowiada kończy się zazwyczaj budującym happy endem. Być może właśnie dlatego wolę po stokroć oglądać filmowych nieudaczników na tle palm czy bajkowego wysypiska śmieci, niż borykać się z nieszczęściami moich przyjaciół. Na tle kunsztownej fabuły, morału, przesłania intelektualnego, które płynie z ekranu, kolejna opowieść o polskiej rzeczywistości, w którą wpadają moi bliscy jak w studnię, wypada blado.
Tak, sądzę, że gdyby nie kino i blask świateł odległego świata, nie lubiłabym tak bardzo przykrych i koszmarnych nieszczęść. Kino zaszczepiło we mnie uzależnienie od upojenia, które nadciąga wraz z pojawieniem się na ekranie postaci przegranej. Oto, myślę, prawdziwy heros naszych czasów, zmierza bezsprzecznie w przepaść, ale jakie to atrakcyjne i pociągające miejsce. Przegrana życiowa w słusznej sprawie wydaje się po prostu dobrym zrządzeniem losu. Na tle tylu ubarwień i wspaniałej puenty jakże nędzne jest życie zwykłego człowieka. Przegrał, ale nie batalię z mafią, okrutnością wojny czy niesprawiedliwością systemu; on poległ jak burak na drodze prostej walki o byt. Obraz prostaka, który upada pod ciężarem codzienności nikogo nie interesuje. Wybrzmiał gdzieś w początkach wielkiego malarstwa europejskiego i był jednym z motywów przekazywanych na płótnie. Częściej jako tło (jak do wielkiego upadku Ikara), bywał także przedmiotem wnikliwej analizy wielkich mistrzów. Buraczana gęba obżartucha lub pijaka pojawiała się w malarstwie holenderskim, ale tylko po to, żeby przypomnieć ludziom jak żyć się nie powinno. Wykoślawione przez zły los twarze opatrywane były z reguły krzepiącym komentarzem, najczęściej zaś przysłowiami ludowymi. Takie seryjne komiksy malarskie były szczególnie popularne w czasach Rubensa i Rembrandta. Znacznie później nieudacznik pojawiał się w tendencyjnych opowieściach socrealistycznych, z których jasno wynikało, że ustrój komunistyczny nie wychowuje nieudaczników. Sami rosną, wybierając swój podły los, z dala od kolektywu i dyrektyw partii. Nieudacznika komunizm nazywał wrogiem ludu i piętnował jako przeciwnika politycznego. Myślę o pechowcach tamtych lat z zazdrością ( a byli wśród nich poeci tacy jak Zbigniew Herbert), bo wiem, że w gruncie rzeczy bycie nieudacznikiem to właściwie zaszczyt. Może się przecież okazać, że pech pozbawiony swojego kontekstu, uchodzi za bohaterstwo lub przejaw nieskalanego hartu ducha. Żeby do tego doszło, na zwykłego nieudacznika musi z boku spojrzeć jego odkrywca; opiekun, sponsor, a czasem reżyser lub sam wydawca. Polska rzeczywistość ostatnich lat zna przykłady takich inwestycji wydawniczych; wspomnę choćby o nieudanym, a jednak podniesionym do rangi zjawiska artystycznego pisarstwie Michała Witkowskiego czy Sylwii Chutnik. Wzruszający los nieudacznika i geniusza jednocześnie stał się udziałem Nikifora.
Wróćmy jednak do podstawowego wątku naszej opowieści. Jest nią najnowszy film Lisandro Alonso zatytułowany "Liverpool". Gdybym była człowiekiem złośliwym, mogłabym z czystym sercem powiedzieć, że ten najdłuższy w krótkiej karierze reżysera film, sprowadza się do podróży donikąd z wyraźną puentą, która wyjaśnia nieskomplikowany tytuł. Pozostaję jednak człowiekiem wnikliwym i na tyle skąpym (zapłaciłam za bilet 15 zł), że postanowiłam przyjrzeć się filmowi z perspektywy recenzji i własnego doświadczenia. Krytycy podzielili się na dwa obozy, biorąc pod uwagę twórczość kogoś niejednoznacznego i żonglującego konwencją kina artystycznego, to dobrze. Przyjmując jednak fakt, że krytycy to ludzie obdarzeni niezwykłym wyczuciem na fałsz i pozory, a jednocześnie odpowiedzialni za swoje słowo, źle. Wydaje się bowiem, że kino europejskie zmiażdżone skuteczną ofensywą kina amerykańskiego, upadło wraz z krytykami. To dlatego na każdym niemal plakacie filmowym roi się od okrzyków: "pierwszy w historii", "najgłośniejszy w ostatnim dziesięcioleciu", "wyjątkowy". Rynek buduje sztuczną konwencję, a krytyka śpieszy z opowiadaniem bzdur. Szczekaczka recenzyjna wychwytuje najmniejszy szczegół, któremu można nadać znaczenie, a krytycy rozpaczliwie szukają swoich mistrzów. W przypływie wielkiej rozpaczy europejskiej na ratunek przychodzi nam kino irańskie i argentyńskie. W obu, jak we wspomnianej studni, krytyka szuka odpowiedzi na dręczące ją pytanie; dlaczego tylu uznanych za geniuszy europejskich reżyserów, okazało się w gruncie rzeczy kompletnymi nieudacznikami?
Kilka recenzji z najnowszego filmu "młodego geniusza kina argentyńskiego" skupiło się na motywie ucieczki, który robi oszałamiającą karierę w literaturze i filmie. Samotność i ucieczka od kilku dobrych stuleci podnieca czytelników oraz widzów. W samej rzeczy, nie ma chyba równie zgranego motywu w światowej sztuce, od nowa jednak definiowanego przez młodych twórców. My widzowie i czytelnicy początku nowej ery, szukamy zgodnie kanonu, dzięki któremu udałoby nam się godnie przeżyć swoje chwile na ziemi. Instynktownie czujemy, ale jednak wiedzeni głosem historyków i krytyków sztuki oraz socjologów (weźmy na przykład samotnego i smutnego żalem wypędzonych Żydów, Zygmunta Baumana), potwierdzamy zgodnie, że nie ma to jak świat samotnego wędrowca, który nie znajduje oparcia w biegnącym naprzód świecie. Od błędnego rycerza, który walczył z wiatrakami do zakochanego fizyka, który uwodzi w sieci zamężną kobietę, jak świat długi i szeroki, motyw wędrówki i samotności, znany jest polskiemu czytelnikowi nie od dziś. Potwierdzenia moich skromnych słów nie trzeba daleko szukać, wiadomo przecież, że oparta na nieustającej wędrówce wokół ziemi, książka Olgi Tokarczuk, wygrała prestiżowy konkurs literacki, potwierdzając kilka tez. Książkę fragmentami czyta się pasjonująco, czego nie można powiedzieć o percepcji "Liverpoolu".
Żeby wzmocnić wagę tych słów, powołam się na noworoczne orędzie Prezydenta RP, który zaczął je słowami: "Polacy, rodacy", przyjaciele. Jeśli oszczędzacie lub dźwigacie z wielkim mozołem dług naszego kraju, płacąc coraz więcej za żywność i leki, nie idźcie na ten film. Tylko pozornie krytyka nadała mu etykietki dzieła, które ma nas przyszpilić do krzesła i wydobyć z nas emocje człowieka początku nowej ery. Film reklamowany jako "intymny", "uniwersalny" i "ambitny", jest w gruncie rzeczy nużącą rozprawą o dwóch ucieczkach pośrodku ziemi skutej lodem. Ambicją młodego reżysera było pokazać splątanie emocjonalne, zatarcie tożsamości, zagubienie w mroku cywilizacji, która znalazła swoje ujście w motywie wielkiego statku transportowego. To ambitny i wielki plan. Co pozostało? Kilka kadrów, przeważnie pustych, świetnie wykombinowanych technicznie (by wspomnieć o modnej od czasów łomografii winietyzacji kadrów czy zmiennej ostrości). Z trudem muszę dodać; i nic więcej.
Można przypuszczać, że jestem złośliwa. Poszłam na film gwiazdy, straciłam pieniądze, które mogłabym tak lekko wydać w drogerii, więc się nieporadnie mszczę. Oczywiście rozrywa mnie nuta straconej forsy i niepokoi tępy ból w przemarzniętych kościach, skusiłam się bowiem na ekscentryczny wybryk oglądania eksperymentalnego filmu w zimnej sali kina studyjnego. Żeby zatem nie pozostał w głowie czytelnika smak po mojej żółci, powiem coś, co go może udobruchać. Po pierwsze jest coś, co wspominam z prawdziwym przejęciem, co pozwala mi wrócić jeszcze na moment do tego filmu; jest to krótka scena z matką. Staruszka leży w łóżku (gra ją naturszczyca, podobnie jak wszystkie pozostałe role w tym filmie), choruje od kilku lat, jej rozum doznał pomieszania, jednym słowem gaśnie w oczach. Tymczasem zjawa się jej syn. Scena krótka, wydawać by się mogło pozbawiona sensu i logiki. Matka mówi od rzeczy do syna, porównując go z kimś znacznie większym i starszym od niej samej, a jednak na końcu tej niezwykle wzruszającej i nieporadnej sceny, padają słowa klucze; jakie masz zimne ręce. Słowa matki sprowadzają się do najprostszego i najbardziej trafnego opisu syna. To człowiek o lodowatym sercu.
"Liverpool" nie obroni się przez zarzutem, że jest kinem przypadkowym. Jestem po niedawnej lekturze "Malowanego ptaka", do którego wróciłam po latach. Skromna książka o dziecku, które wiedzione instynktem błąka się po ziemi w poczuciu całkowitej samotności, bije na głowę dzieło reżysera, którego ktoś pochopnie nazwał "specjalistą od współczesnej alienacji". Po wyjściu z kina zrozumiałam, że obejrzałam właśnie przykład "kina gutka" w swojej najbardziej trywialnej i skarykaturyzowanej wersji.
"Liverpool", scenariusz i reżyseria Lisandro Alonso, 2008.
agnieszka kłos
wtorek, 06 stycznia 2009 15:36
