Sztuczny podział, mimo że granice wytyczone ekierką, ołówkiem i cyrklami dawno runęły, pozostaje w głowach Niemców do dziś. Nowa Europa, targana sprzecznymi sloganami polityków, od dawna poradziła sobie z wytłuszczonymi nagłówkami w gazetach. Nikogo nie zdziwił zatem fakt, że po zawierusze politycznej w krajach wschodnich, które przez wiele lat w Europie uchodziły jedynie za pola uprawne i grunty czynszowe, przyszła pora na zachód. Nikt też nie wątpił, że zachód Europy jest za drogocenny na rewolucję, zbyt delikatny na ingerencje zbrojne i co najważniejsze; miał pozostać w tych samych rękach. Dawni alianci przeszli przez ten czas daleko posunięte przeobrażenia, ziemia w ich rękach niczym pod wpływem cudownego balsamu, kwitła, puchła i wydawała niepospolite owoce. Skoncentrowanie na wysiłku ekonomicznym, nikłe zainteresowanie propagandą wschodu oraz konkretne nastawienie na cel odbudowy, zniszczonej części Europy, po drugiej wojnie światowej, doprowadziło w końcu do jasnej tezy; nowy wizerunek Niemiec miał świecić przykładem.
W nowoczesnej Europie wojna nikogo już nie interesowała. Postawiono sobie cel ujęcia porządku geopolitycznego w nowe ramy, z nakreśleniem wyraźnego celu; wolny handel na całym kontynencie. Na drodze do nowego ładu w Europie stały Niemcy, nieco paradoksalnie, biorąc pod uwagę ich inwencje przedwojenne. Rewolucja polityczna miała jedną drogę (ze wschodu), ale nie jedyną. Zanim opozycjoniści roznieśli wszystkie ulotki, politycy dogadali się na mocy dawnych porozumień powojennych i ustalili, że przede wszystkim Niemcy wrócą do dawnych granic i staną się żywym pomnikiem Porozumienia. Po kluczowych debatach w gabinetach przywódców obu skrajnych obozów (lewicy i prawicy), Przyjacielska, Pokojowa Rewolucja mogła zainspirować prasę. To, co ludzie czuli intuicyjnie od jakiegoś czasu, a co powstrzymywane było jeszcze przez urzędy bezpieczeństwa po obu stronach barykady, stało się faktem. Nagle, z dnia na dzień, prasa i politycy wypowiadali słowa, które nie mieściły się w głowie zwykłym obywatelom obu krajów; „jesteście braćmi". W kontekście wielu ofiar, nie uprzątniętej scenografii politycznej, szopki, którą kazano ludziom odgrywać, słowa te zabrzmiały jak najgorsze szyderstwo.
Niemcy po wojnie rozpękli się niczym stary orzech. W twardych łupinach biurokracji, podporządkowania się hierarchii społecznej, rozporządzeniom i przepisom, Niemcy po obu stronach stref okupacyjnych lepili swoją nową tożsamość. Klęska wojenna tylko po jednej ze stron miała oznaczać szczególne poczucie winy i narzucenie kontrybucji wojennych. Wojna jako hasło, wytrych do dotacji i stypendium, funkcjonuje dziś na zachodzie bez zmian. Młodzi zachodni Niemcy pielęgnują pamięć o przeszłości wojennej ze szczególnym pietyzmem, mimo że większość z nich deklaruje głośno postawę antywojenną. W pamięci ich dziadków i rodziców prawdziwa wojna rozpoczęła się wraz z podziałem własnego kraju. Część tej społecznej pamięci została zniekształcona, wymazana lub brutalnie oderwana jak z żywego, czującego organizmu i skazana na długie lata milczenia. Rodziny po ucięciu kawałka kraju, pozostały bez wiadomości od siebie. Zdania urwane w pół słowa, listy, które wracały od adresata, właściciele sklepów, którzy zostali grzecznie poproszeni o wyjazd w celach służbowych na drugą stronę kraju lub miasta. Nie pozostał po nich żaden ślad. Po szybkim wzniesieniu muru w świadomości wielu Niemców powstał uproszczony, daleko posunięty w swoim schemacie obraz świata: „to o n i byli źli i rozpętali wojnę".
Mija dwadzieścia lat od momentu zjednoczenia Niemiec. W ciągu tego czasu wyrosło jedno pokolenie ludzi, których rodzice żyli po dwóch stronach tego samego terytorium. W pewnym sensie, porządek pionowego podziału na osi mapy, jest jedynie jednym z wielu porządków, jakimi rządzi się mentalność starszego pokolenia. Świadomość tego pokolenia została pocięta nie tylko za sprawą faktów historycznych, ale przede wszystkim poddawana próbom wytrzymałości na propagandę "zimnej wojny". W przywracanym po zakończeniu wojny porządku świata, brakowało najważniejszych filarów sprawiedliwości. Naprędce starano się je sklecić ze starych sztandarów komunizmu, kapitalizmu oraz wiary w nowy porządek (względnie chaos). Pokolenie wojenne nie dało się jednak oszukać. Świadczy o tym niezgoda na (nie)ład w nowej Europie, sztuczne podziały ziemi, pocięcia rodzinnych biografii, trudne do opowiedzenia próby zastraszania, zmuszania do politycznych, coraz bardziej groteskowych deklaracji. Niemcy na krótką chwilę oszalały. Z perspektywy wielkich nadziei, niesamowitych wizji, proroctw na skalę globu i maniakalnych dążeń swoich perfekcyjnych przywódców politycznych, dostali się pod ostre noże dwóch walczących ze sobą obozów. Nie ma dziś takiego Niemca w Niemczech, który by tego nie poczuł na własnej skórze.
Pisząc o Niemczech składa się tekstowi wątłą deklarację pomyłki dziejów. Człowiek od razu musi nastroić się do dysonansu i skłonić swoją głowę do aktu "dwumyślenia". W plastyczny sposób oddaje to wnętrze nowoczesnego muzeum historycznego w Lipsku (http://www.hdg.de/index.php?id=4719&L=0), które zostało tak pomyślane, żeby zwiedzający raz po raz przekraczał linię demarkacyjną i konfrontował się z porządkiem wschodu lub zachodu. Porządek ten wyznacza kontakt z mediami po obu stronach granic, produktami spożywczymi, sprzętem gospodarstwa domowego, hasłami i sztandarami, pod którymi defilowała propaganda. Dwa metalowe wózki w niezwykle oszczędny sposób oddają przepaść ekonomiczną jaka zaczęła dzielić Niemcy. Wraz z umocnieniami muru, rosła potęga zachodu i kurczyły się możliwości wschodu. Wózki z marketów stoją naprzeciw siebie, podzielone wąskim pasem terytorialnym ziemi niczyjej. Nie można wymyślić prostszej metafory. Nawołuje ona bezpośrednio do przylądku wolności w Berlinie, Checkpoint Charlie, który w okresie zimnej wojny, poza Checkpoint Alfa i Checkpoint Bravo, regulował przepływ ludności.
Rok 2009 uznano w Niemczech za rok pamięci połączenia Niemiec. Wokół daty pierwszego porozumienia dawnych aliantów i sowietów, krąży widmo nowej Europy. Najmłodsze pokolenie, które nie pamięta nic z historii, gości się nadzwyczaj serdecznie po obu stronach dawnych granic. Ich gościna przybiera charakter oficjalnych uroczystości zakrapianych historyczną wódką lub sztywnych lekcji pamięci, rozumianej i definiowanej niezwykle wybiórczo. Pojawiają się nowe podręczniki, pisane nie tyle przez historyków, ile specjalistów od propagandy europejskiej. W świetle tych nowych praw i zasad, formułuje się odważne, pozbawione podstaw tezy, zgodnie z którymi wszyscy Niemcy pozostają braćmi. W tym kontekście nieco orientalnie brzmią hasła równości dla samych Polaków, którymi nadal pogardza znakomita większość rasowych "dojczów". Gdzieś ponad ludźmi i rocznicami unosi się duch nowej Europy; zasilany nowomową, karmiony przez piękne fotografie, których retusz ma podkreślić przede wszystkim piękne gesty pojednania. W pewnym sensie we współczesnych Niemczech zrobiło się miejsce dla zbiorowej pamięci i wspomnień; w miejsce wykluczonych relacji osobistych. Nowa historia doczekała się nowych redaktorów, przypisów i odsłon. Najnowsze badania opinii publicznej (opinii publicznych - jak ironicznie podkreślają przeciwnicy zjednoczenia Niemiec), odsłaniają fenomen mentalności najstarszych Niemców. Nie rozumieją oni do końca kontekstu i znaczeń nowych określeń geopolitycznych, ale starym zwyczajem wolą na ten temat milczeć. Porządek pruski, w którym zostali wychowani nakazuje trzymanie "gęby na klucz". Na przeciwległej skali sytuują się najmłodsi mieszkańcy. Do nich skierowana jest kampania historyczna oraz hasła hucznych obchodów roku 2009. Co z tego skoro większość z nich zainteresowana jest przede wszystkim krótszym czasem pracy, jeszcze wyższymi zarobkami oraz bogatszą ofertą turystyczną. Po zachodniej stronie Niemiec w dalszym ciągu nie kryje się głębokiego resentymentu za epoką III Rzeszy. Na wschodzie natomiast trwa wielka gonitwa po zachodni standard. Ten dysonans historyczny najbardziej plastycznie oddaje postać Leni Riefenstahl, którą okrzyknięto symbolem nowoczesnego pojęcia do kompleksów Rzeszy. W ankietach dotyczących oceny moralnej niemieckiej reżyserki, młodzi Niemcy piszą bez wahania, że "stara Leni" poradziła sobie świetnie na rynku pracy i wywiodła w pole wszystkich propagandzistów. Historię potraktowała z wyraźną ironią i wyłącznie jako kostium. Z wroga i artystki potępianej w oficjalnym obiegu przekształciła się, po śmierci, w autorytet z dziedziny udanego PR. Jej wielki triumf za Oceanem (po zjednoczeniu Niemiec odkryły i pokochały ją gwiazdy medialne, m.in. David Bowie, Mick Jagger, Michael Jackson, Madonna, Jodie Foster), zmusił Niemców do ponownej rewizji własnej historii, a młodym dał przyzwolenie do najprostszego naśladownictwa.
Jak kiedyś trybuny, stadiony i radio, tak teraz ulica, telewizja oraz Internet informują o standardach i pułapach czyjejś popularności. Wiedzą o tym doskonale politycy oraz socjologowie, badający obyczaje współczesnych Niemców. Na pytanie, kto dziś pisze historię, dla kogo oraz do kogo właściwie należy ostatecznie kształt jej narracji, odpowie najprostszy wynik wyczesywania sieci. Dla niemieckich internautów (warto podkreślić, że w przeciwieństwie do Polski, siecią w Niemczech interesują się również sześćdziesięcio-, siedemdziesięcio-, a nawet i osiemdziesięciolatkowie), ważny jest nadal Josef Mengele, doktor medycyny znany z eksperymentów dokonywanych w obozie Auschwitz - Birkenau. O "Aniele Śmierci" można było przeczytać na początku lutego 2009 roku na każdym niemal szanującym się portalu rozrywkowo - plotkarskim. Również media opiniotwórcze pokusiły się o komentarz książki Jorga Camarasa, argentyńskiego historyka, który przez wiele lat tropił ślady lekarza z Auschwitz. W zdobywającej coraz więcej czytelników broszurce, zatytułowanej "Anioł Śmierci w Ameryce Południowej", Camaras rysuje apokaliptyczną wizję wiosek, w których ukrywał się lekarz. Pod przybranym nazwiskiem leczył nie tylko ludzi, ale i zwierzęta, dokonując pierwszych eksperymentów genetycznych. W ich wyniku nie tylko w stadach, ale i domach, pojawiła się niespotykana nigdzie liczba bliźniaków. Właśnie ich śladem podążył argentyński historyk, rekonstruując niejako prawdziwe losy Anioła. Bujda wyssana z palca bardzo szybko znalazła się w polskiej sieci jako przedruk z "Daily Telegraph" (http://wiadomosci.onet.pl/1902496,12,item.html).
Rekordy popularności bije w dalszym ciągu niezłomna Leni. Uznana właściwie za życia jako pomnik niemieckiej żywotności. Stosunek samych Niemców do najbardziej znanej reżyserki świata zmieniał się wraz z upływem dekad. Podczas gdy odkrywali ją na nowo Japończycy i Amerykanie, zdecydowana większość Niemców oficjalnie pogardzała jej twórczością. Co ciekawe zdanie na temat Riefenstahl zależało od stopnia anonimowości wypowiedzi. Po zakończeniu działań wojennych większość Niemców dość szybko opanowała system politycznego kamuflażu i "dwumyślenia". Rozbiór ich kraju wzmógł niesnaski oraz proces publicznego oczyszczania się, który trwa właściwie do dzisiaj. [1] Zabiegi oficjalnego "prania" brudu politycznego i historycznych odruchów, zapoczątkowali serią pokazowych procesów denazyfikacyjnych sami alianci. Zależało im szczególnie na akcie pacyfikacji społecznej i nagłośnieniu przykładowych procesów (na tyle, na ile było to oczywiście możliwe w tamtych czasach). Szczególnego znaczenia w skali propagandy antywojennej i gospodarczej nabrała Norymberga. Przede wszystkim dlatego, że miała ona za zadanie zakończyć pierwszą część wojennego koszmaru i zmusić Niemcy do oddania należnej kontrybucji wojennej. Świat patrzył na ręce aliantom i wierzył, że z ich udziałem zapanuje sprawiedliwość (jak wcześniej pokój na świecie). [2]
Najbardziej widowiskowa odsłona systemu podwójnego myślenia Niemców nastąpiła 30 października 1976 roku podczas emisji legendarnego talk - show zachodnioniemieckiego programu telewizyjnego WDR „Późnym wieczorem". W studio obok Riefenstahl pojawiła się inna kobieta obserwująca narodowy socjalizm z odmiennej perspektywy (była to działaczka związków zawodowych z Hamburga, Elfriede Kretschmer). W studiu rozpętała się burza. Zarzucono reżyserce, że produkowała filmy, które „zwodziły masy". Obie strony nie użyły rzeczowych argumentów, strony były jednoznaczne i przewidywalne. Talk odbił się jednak głośnym echem w Niemczech. Większość konserwatywnej prasy solidaryzowała się z Leni. Podobnie jak dziewięćdziesiąt procent widzów programu. Dzwonili lub pisali listy. Poparli Leni i uciekali się do pogróżek. Jurgen Trimborn, autor biografii o Riefenstahl twierdzi, że był to przykład niemieckiej klęski publicystycznej. [3] Obraz klęski publicznej był jednak tylko jedną stroną medalu. Za drugą kryła się wyraźna aprobata dla postawy moralnej reżyserki, która - jak utrzymywali anonimowi odbiorcy - "nie ugięła się przed nikim". Riefenstahl stała się symbolem nieprzejednania i narodowej dumy, którą pielęgnowano skrycie od czasów klęski wojennej. Na tle zamieszania medialnego oraz kilku zwrotnych faz w ocenie postawy niemieckiej artystki, psychoanalityczka Margarete Mitscherlich, stwierdziła: „Riefenstahl nie jest typową przedstawicielką typowo niemieckiej tendencji do wypierania się i wyłgiwania, choć wiele jej cech mogłoby na to wskazywać. Jest raczej opętana manią męskości i posiada ponadprzeciętną zdolność niepamiętania tego, czego nie chce pamiętać." [4]
Powojenna denazyfikacja objęła miliony Niemców. Już wkrótce stało się jasne, że idea, aby objąć wszystkich Niemców procesem ponownego wychowania i pociągnięcia do zbiorowej odpowiedzialności, okazała się mrzonką. Alianci wyparli pierwotne postanowienie trzeźwą decyzją gospodarczą; zależało im w pierwszej kolejności na odbudowaniu Niemiec. Do sądu poszli zatem jedynie ludzie ze świecznika, wśród których Leni Riefenstahl zajmowała pozycję szczególną. Na przełomie lat 80. i 90. niemieckie feministki z mizernym skutkiem próbowały usprawiedliwić jej postawę afirmacją kobiecości. Geniusz - pisały w swoich broszurach - karmi się swoją moralnością i swoimi prawami. Nie przeszkadzało to samej Leni odcinać się od zaborczych manifestacji kobiecych stowarzyszeń. W 1997 roku, zaskakując wszystkich, powiedziała publicznie: „Uznałam, że właściwie zasłużyłam sobie na taki los; myślałam: należy ci się, wierzyłaś w Hitlera, teraz musisz cierpieć." [5]
[1] W latach 70. Romowie byli gorzej traktowani w Niemczech Zachodnich niż jakakolwiek inna mniejszość. Dlaczego? Z powodu szefów policji i Federalnego Urzędu Kryminalnego.
To właśnie ich szeregi zaludniane były przez byłych zbrodniarzy wojennych z SS i gestapo. Jak donosi "Gazeta Wyborcza", Niemcy odkrywają dopiero teraz historię budowania własnej demokracji i wolności. Jej brudne korzenie nie są zaskoczeniem dla wyższych urzędników państwa, którzy doskonale znali życiorysy osób zatrudnianych na ważnych politycznie stanowiskach w kraju. Co z tego, że mieli zbrukaną przeszłość, skoro wykształcił i udoskonalił je system, którego metody mogły się znakomicie przydać również po wojnie.
Więcej na ten temat:
http://www.ritabaum.pl/go.php?id=510&what=kultura.
O procesie czyszczenia, prania, odkurzania niemieckiej mentalności najpierw przed wojną, a potem po wojnie przez kobiety (narzędzia faszystowskiego systemu propagandowego), pisze przekonująco Franka Maubach z Instytutu Historii w Jenie. Szczególne miejsce w jej pracach naukowych zajmuje pozycja kobiety w służbach na wschodzie, podczas procesu germanizacji i zagłady. Bada ona ciekawy problem ekspansji własnego "ja" i eliminacji "obcego".
[2] O tym, że procesy norymberskie w szczególny sposób przypieczętowały myślenie o ofiarach i katach w nowoczesnej Europie, mówią losy Romów. Podczas spektakularnych rozpraw sądowych w Norymberdze zabrakło przedstawicieli romskiego środowiska, którzy lobbowaliby na rzecz swojego narodu. Ani razu nie padło oskarżenie o wymordowanie Cyganów, nikt nie zaprosił świadków, nie zatroszczono się również o wymienienie Romów w kontekście zagłady. Przyniosło to opłakane żniwa; do dziś mało kto wie o skali tragedii romskiej, mało kto wie zatem, że przedstawicielom ocalałym z zagłady należy się odszkodowanie. Współcześni romscy intelektualiści (wychowani jak Andrzej Mirga w kontekście nowoczesnych haseł pojednania Europy), próbują to zmienić. O tempie zmian niech świadczy choćby fakt, że dopiero w 1997 roku powstało Centrum Kultury i Dokumentacji Niemieckich Sinti i Romów w Heidelbergu (http://www.sintiundroma.de/), a od niedawna pojawił się w szerszym kontekście wyraz "Porrajmos", który oznacza zagładę Romów w czasie II wojny światowej (wyraz oznacza dokładnie "pożeranie").
[3] Jürgen Trimborn, Riefenstahl. Niemiecka kariera, WAB, Warszawa 2008.
[4] Margarete Mitscherlich, Über die Műhsal der Emanzipation, Frankfurt a. M. 1994, s. 161.
[5] L. Riefenstahl, Zeit - Magazyn, nr 36, 29 października 1997, s. 12.
agnieszka kłos
niedziela, 15 marca 2009 14:49
