Zwycięstwo estetyki Dylewskiej polega na tym, że nie angażuje się w kontekst politycznej rozprawy o historii „zarazy żydowskiej" w Europie, ale podąża śladami intymnych skojarzeń i emocji. Świadkowie w jej filmie „Po-lin. Okruchy pamięci", komunikują się z zamordowanym światem za pomocą snów, najprostszych skojarzeń z czasów dzieciństwa, którym towarzyszyły piosenki, magiczne zaklęcia, wyliczanki. Urwane wypowiedzi odsłaniają regres pamięci i udowadniają, że zarówno bohaterowie, jak i widzowie, nie pamiętają już świata, który istniał kiedyś naprawdę.
Reżyserce, wybitnej dokumentalistce i jedynej kobiecie w Polsce, która żyje z pracy operatora, udało się przeniknąć do zamkniętego świata. Jej projekt zakładał odnalezienie świadków, którzy zapamiętali, że Żydzi przed wojną żyli w Polsce naprawdę, a w dziewiętnastu miastach, do których dotarła Dylewska ze swoją kamerą, stanowili ponad połowę mieszkańców. Nieważna była poprawność polityczna ich wspomnień, stopień wrogości, poczucie winy jaką wobec Żydów odczuwają; reżyserka wyszła po prostu naprzeciw ich wspomnieniom i pamięci. To właśnie ona jest główną bohaterką filmu.
Mała kamera w rękach Dylewskiej była najwrażliwszym czujnikiem szczerości. Stała się sejsmografem uczuć, jakie towarzyszyły wspomnieniom, na tyle czułym, że dzięki niej reżyserka wyłapała świadka, który kłamał. Zrezygnowała z jego udziału w filmie.
Ciasno zakomponowany kadr, z mocnym zbliżeniem twarzy bohaterów, pomaga widzom skoncentrować się wyłącznie na wspomnieniach. Wszystko, co znajduje się poza nim, przestaje odgrywać jakąkolwiek rolę. Kamera, co wyraźnie kłóci się z wykorzystaniem jej we współczesnej telewizji, umożliwiła szczerą spowiedź bohaterów. W obliczu prostego pytania; jak zapamiętałeś swojego sąsiada, jakakolwiek gra przestawała mieć znaczenie.
Przewaga Dylewskiej polega na tym, że w czasie początkowej pracy nad produkcją filmu, ani razu nie wykorzystała swojej wiedzy historycznej. Jej zrozumienie dla tej historii, wzięło się z braku „wiedzy", a pierwotna postawa zainteresowania wspomnieniami, wiązała się z pewnością odkrycia prawdy. Film zachwyca niezwykłą wolnością reżyserki wobec stereotypu Żyda i terapeutyczną otwartością wobec zadawanych pytań, bez poczucia, że w kontekście tej historii poznała już wszystkie warianty odpowiedzi.
Narzędzie, jakie wybrała (kopia małych kamer z lat 30. ubiegłego wieku), wzbudza zaufanie świadków. Zbliżenia twarzy, stanowić będą delikatny, ale wymowny kontrapunkt do niemych wspomnień utrwalonych na archiwalnych taśmach filmowych. Kamery w rękach żydowskich amatorów kina, którzy przypłynęli do swoich rodzin z Ameryki, umożliwiły nieinwazyjne przejście do świata przedwojennych sztetli. Być może właśnie takie spojrzenie „od środka", pozwoliło zarejestrować przestrzeń autentycznej tożsamości mieszkańców przedwojennych miast, a pojawienie się byłego członka klanu, wraz z atrybutem bogactwa, otworzyło społeczność. Jeśli tożsamość określa tymczasowe znalezienie się „poza" kontekstem swojej społeczności - jak definiuje ją dziś Zygmunt Bauman [1] - amatorscy filmowcy z Ameryki, dokonali transgresyjnego przejścia nie tylko względem własnej biografii, ale również szerzej - w pojęciu całej społeczności swojego miasta. Kamera, pojawiająca się znienacka w centrum tamtego świata, stanowiła przepustkę do ś r o d k a żydowskiej tożsamości. Wejście nastąpiło za przyzwoleniem rodzin, przyjaciół i bliskich, bez przełamywania bariery obcości, miękko, ponieważ za kamerą stali znajomi, którzy co prawda oddalili się poza intymne granice sztetla, ale powrócili, a zatem s ą.
agnieszka kłos
Cały tekst ukaże się niebawem w najnowszym numerze "Rity Baum", poświęconym twórczości kobiet.
Zwiastun filmu:
http://www.youtube.com/watch?v=ReAZir_l3zc
[1] Jeśli nagle poczujemy się kimś „spoza", całkowicie lub choćby tylko częściowo - nie tak, by znaleźć się w próżni, ale nie mając kwalifikacji i odpowiednich przyzwoleń, bez pewnych aspektów „wyróżniania się", będąc postrzeganym jako ktoś dziwaczny - możemy doświadczyć czegoś bardzo deprymującego i dokuczliwego. Trzeba się zawsze tłumaczyć, usprawiedliwiać, ukrywać coś lub przeciwnie - bezczelnie coś pokazywać, żebrać i zabiegać; to oczywiście zupełnie co innego - wtapiać się zręcznie w tło czy na odwrót, rzucać się w oczy i być do wzięcia. Z. Bauman, Tożsamość. Rozmowy z Benedetto Vecchim, GWP, Gdańsk 2007, s. 16.
poniedziałek, 13 lipca 2009 18:34