LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO

Niemcy biją pianę

Klasa średnia ginie. Dramatyczne nagłówki z niemieckiej prasy dobrze się sprzedają, ale nie oddają rzeczywistości. Rynek ma się dobrze, nigdzie nie brakuje asortymentu, a w sklepach daje się zauważyć przyśpieszony rytm przedświątecznych zakupów. Niemcy nie wierzą prasie, o kryzysie mówią z przekąsem. Zaufali swojemu podniebieniu i robią dobry interes. Tym razem w Tel Avivie. Miasto Boga spija gorzką pianę z Bawarii. Pierwszy raz w historii.

 

Paulanera pokochali czytelnicy Edgara Kereta. Młode pokolenie Izraelczyków odkryło ten smak podczas sentymentalnych wycieczek do Niemiec. Starsi zachowują rezerwę i bronią rynku przed zalewem niemieckich towarów. O kryzysie w tej części świata nie słychać. W samej stolicy otwiera się kilka nowych klubów miesięcznie, a największą popularnością cieszą się zabawy na plaży, taniec na piasku i ogródki piwne żywcem wyjęte z Bawarii. Czkawka po piwie odbija się tylko w mediach, które złośliwie komentują modę na niebiesko - białe flagi. Nie mają one jednak nic wspólnego z barwami narodowymi Izraela, ale nawiązują do kolorów corocznego święta piwa w Niemczech (Oktoberfest).

Piwo sprzedaje się bez reklam. Nośną promocję zapewnia tradycja kulinarna uciekinierów z Europy. Mogli zapomnieć rodzinnego języka, ale nie smaku rodzinnych potraw i piw. Dlatego właśnie goździkowy Paulaner należy do czołówki piw europejskich, pitych przez mieszkańców stolicy. 390 - tysięczne miasto doczekało się dwóch nowych lokali, które swoim stylem nawiązują do ogródków piwnych. Bar pod gołym niebem idealnie zaklimatyzował się w mieście Kereta. Jego właściciel, 42 - letni Daniel Zach, pod wpływem siły wspomnień swoich dziadków oraz podróży kulinarnych do Bawarii, odważył się na gest niemal świętokradczy; przebrał kelnerów w ludowe stroje i sprowadził beczki najlepszego piwa z Monachium. Paulaner złagodził obyczaje, odciążył narodową pamięć, przywołał tradycję najstarszego pokolenia przesiedleńców. Gdzieś ponad historią drugiej wojny światowej gorzki smak piwa nie przyniósł rozczarowania, a najzimniejsze piwo Niemiec zostało gorąco przyjęte.

Tel Aviv rozdaje karty. To mekka środowisk liberalnych i ortodoksyjnych. W ponad stuletniej tradycji miasta dwa ogródki piwne Daniela Zacha, spadkobiercy niemieckich Żydów, to ewenement na skalę kraju. Żeby otworzyć kurki na rzekę piwa z Niemiec potrzebna była nie lada odwaga, ale i talent do robienia pieniędzy, bo właśnie miesięczny zysk z obu lokali udowadnia przewrotność stereotypów. Zach zbiera szekle, a jego klienci uznali, że „Carmella Bistro" to najmodniejsze miejsce w mieście, dlatego już teraz trwają w nim zapisy. Miejsc jest mało, mimo że ogródek piwny pod platanami wyposażono w szerokie białe ławy i krzesła. Lokal w pobliżu ruchliwego Carmel-Markts na deptaku "Nachalt Binyamin" trafił do liczących się mediów i nakręcił spiralę żydowsko - niemieckiego biznesu. - Pomyślałem; idealna kombinacja na izraelską pogodę, duchotę: zimne piwo, lekkie potrawy, to optymalne. Nie koszerny Bratwurste (kiełbaska z grilla) i Paulaner w centrum żydowskiego świata? Nie tylko proza Edgara Kereta jest pełna absurdów.  

Pszeniczne piwo pociągnęło za sobą sałatkę z tłuczonych ziemniaków i precle grubo sypane solą. Przezorny Zach nauczył się je piec w tradycyjnej niemieckiej piekarni. Kupują go do zimnej piany nie tylko Izraelczycy, ale i Niemcy, którzy ciągną do miasta nieprzerwanym strumieniem turystycznym. Świat się skurczył. W miejscu dwóch zwaśnionych narodów jedno piwo i głód zaspokajany pieczywem z przepisów dziadków.

Mroczna historia Żydów potrzebuje jasnego piwa. Tradycja lamentu nad własnym losem, którą dziadkowie próbują przekazać wnukom, znalazła doskonałe uzupełnienie w hasłach reklamowych jasnego piwa z Monachium. Marco Santomauro, przedstawiciel niemieckich browarów w Izraelu mówi wprost: nie jest gorzkie, co odpowiada Izraelczykom. Jego czteroletnia praca na rzecz sprzedaży piwa w Tel Avivie nie poszła na marne, jednak nie tylko on wie, że w prawdziwym handlu pomógł przypadek: pochodzenie Daniela Zacha.

Nostalgia suszy gardła mieszkańców Tel Avivu. Ich pragnienie winduje Izrael na piętnaste miejsce listy głównych eksporterów niemieckiego piwa. Na taki sukces nie liczyła nigdy niemiecka dyplomacja.

O zmroku do ogródków piwnych ciężkim krokiem podchodzą uchodźcy z Europy. Po kwadransie nie widać po nich śladu zmęczenia. Odlatują do domu, a na zapleczu dostawca szykuje kolejną porcję spośród pięciu najpopularniejszych rodzajów piwa z prywatnego browaru Bischoff z północnego Palatynatu (Nordpfalz). I kto powiedział, że Izrael już nie frunie?   

Dziękuję Joannie Kłos za pomoc w tłumaczeniu tekstów.

agnieszka kłos

 

czwartek, 12 listopada 2009 17:42