LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO

Gesty z soli

Wszyscy znają historię człowieka przemienionego w słup soli. Zastygł, bo okazał słabość i spojrzał za siebie. Autorzy książek „Zagubieni” i „Oblężona społeczność” trudnią się tym zawodowo.

 

Obie książki, które ukazały się na polskim rynku zdradzają pewną symptomatyczność w podejściu do tematu Zagłady; zdają się uwalniać czytelnika od poczucia winy i proponują zupełnie inny wymiar odczytania kontekstu drugiej wojny światowej. Namawiają czytelnika do przejścia w stronę intymnych, rodzinnych zwierzeń i koncentracji na najbardziej regionalnym szczególe. Po kilku głośnych premierach wydawniczych, kontrowersyjnych spotkań z publicystami, którzy zajmują się tematem stosunków polsko - żydowskich, afer związanych z Jedwabnem, przyszedł czas na wysłuchanie szeptu. To dobrze, bo jak pisał jakiś czas temu Tadeusz Sobolewski na łamach „Gazety Wyborczej", przeciętny Polak ma dość pomników. Jesteśmy narodem szarych ludzi, udręczonych codziennością, a tacy chcą oglądać na ekranie i czytać o bohaterach średnich.  Przyszedł czas dla średnich bohaterów i pracy na coraz szerszym marginesie szarości. Rok 1992 zapoczątkował zwykłe spojrzenie na wielkie sprawy. Ukazuje się przełomowy w rozumieniu istoty życia i wyjaśnianiu najbardziej zawiłej filozofii, zbiór esejów Jolanty Brach - Czainy, „Szczeliny istnienia".  W samym środowisku feministycznym książka została uznana za nowy głos obwieszczający koniec epoki tradycyjnego podejścia do myślenia. Czytelnicy natomiast odkryli z pewnym (wstydliwym) uczuciem ulgi, że książka filozoficzna nie musi być nudna. Co za ulga, nawoływali recenzenci tego tomu. Grażyna Borkowska zawyrokowała, że eseje Czainy ustanowiły tak wysoki poziom rozprawy, że długo jeszcze nikt go nie tylko nie osiągnie, ale i nie prześcignie. „Jedna z najważniejszych prac ostatniego półwiecza" - zaczynała w swojej recenzji Borkowska, żeby zakończyć jednym zdaniem: „Arcydzieło". Poświęcam tej książce tyle miejsca, bo właśnie ona zapoczątkowała pewną lekkość w podaniu trudnych tematów. Warsztat Abrahama Aschera i Daniela Mendelsohna można przyrównać tylko do „Szczelin".

Co decyduje jednak, że „Oblężona społeczność" i „Zagubieni" zamiast stać się kolejną książką historyczną o tragedii, która spotkała na swojej drodze naród żydowski, staje się wciągającą, by nie powiedzieć (bezbożnie) sensacyjną lekturą? Słup soli. Bo to właśnie pozycja w jakiej zastygli narratorzy, wspierani hojnymi stypendiami żydowskimi, nadaje im tę lekkość. Paradoksalnie; słup soli, figura, którą przywołuje w swojej powieści Mendelsohn, to bryła odwrócona plecami. Jednak w jego książce tylko pozycja zastygłego i skoncentrowanego na odległym czasie narratora, ratuje jego dzieło przed czytelniczą klęską. Tylko obsesja, ponad ludzkie zaangażowanie i solidny filar finansowy, który autor otrzymał, umożliwiły wydobycie na światło strzępów historii sprzed ponad sześćdziesięciu lat. Zamierzenie jest beznadziejne: wydobyć z niebytu sześciu spośród sześciu zamordowanych Żydów. Kto waży się na taki krok?

Szalonym szczęście sprzyja. Mendelsohn dorasta do tego tematu i podróży na wschód Europy od dwunastego roku życia. Staje się wtedy rodzinnym kronikarzem, który spisuje, wysłuchuje i sprawdza rodzinne historie, opierając się głównie na relacjach swojego barwnego, nieco ekscentrycznego dziadka. Przedwojenny dandys z Europy, mieszkaniec Galicji, miłośnik kanarków, wspaniałych koszul i kobiet, ocalał. Piętno tego faktu zamkniętego w jednym prostym zdaniu: zdążył wyjechać, będzie go dręczyć aż do samobójczej śmierci. Dziadek Mendelsohna stał się figurą decydującą, prototypem, pierwszym człowiekiem zastygłym w soli jakiego poznał. Jego postawa odwróconego ukształtuje horyzont intelektualny chłopca. W przyszłości stanie się biegłym i niezwykle utalentowanym filologiem klasycznym. Jednak książka nie jest rozprawą o życiu współczesnych przesiedleńców, którzy w Stanach Zjednoczonych, na Florydzie, budują przylądek życia. Gęsta, obarczona niezwykle erotycznymi i znaczącymi gestami scena, podczas której ciotki z dawnej Europy opiewają, a zaraz potem opłakują urodę młodego narratora, chwyta czytelnika za gardło. Wiadomo już, że na kilku pierwszych stronach książki Mendelsohn zdradza niezwykłe oczytanie, lekkość stylistyczną i zabawę konwencją literacką. Do końca książki czyni to z sukcesem.

Przypadek Aschera jest szczególny. Doświadczył wstępu do scenariusza Zagłady, a zaraz potem uciekł do Wielkiej Brytanii. Biblijna intuicja jego matki, która sprawowała faktyczną władzę w domu, ocaliła całą jego rodzinę. Rozdzielając ją - to prawda - na wiele lat, rozsypując po Europie, obu Amerykach i Australii, ale cementując ostatecznie miłość i przywiązanie. Dla mnie jest to historia niezwykle ważna i odkrywcza, otwiera przede mną drzwi do świata, którego mogę się domyślać, odwołując mnie do życia, którego nie znam, a za którym w irracjonalny sposób tęsknię: Breslau. Oto hasło, które przywołało mnie w lekturze, rezonowało w jej czasie i spowodowało, że pewna sceneria, obrazy, motywy, okruchy architektury, przemówiły innym, ale nie obcym głosem. Książka Aschera nie jest tak żarliwa, liryczna i intensywna jak „Zagubieni", ale i jej gatunek tego nie obiecuje. Jest to rzetelnie opracowana, wychodzona, wysiedziana i przewertowana w archiwach państwowych, historia z życia społeczności zamkniętej w mieście na dziesięć lat. Najpierw zamkniętej, a potem systematycznie niszczonej. Nie rozmiar tej tragedii budzi zdziwienie, ale jej drobiazgowość. Wśród ankiet deportacyjnych Ascher doszukał się i takich, w których ofiary pozostawiły mieszkańcom Breslau majtki, skarpety i narty z wygodnymi wiązaniami.

Praca na przeszłości wymaga szczególnych cech. Do tej pory nie wiem, jak tematy żydowskie znajdują swoich ludzi. Są to zwykle nośniki niepewne, niewykształcone, nieobyte z tematem drugiej wojny światowej. Entuzjaści. Amatorzy. Zajadli. Recenzenci współczesności, których karmi i poi kawałek macewy. Do dziś nie potrafię zrozumieć żadnego z nich, ale z nimi pracuję.  

Po lekturze dwóch kawałków soli, o których przytomnie powiedziała Inga Iwasiów, że nie byłoby ich, gdyby nie wielkie wydawnictwa, wielkie stypendia i wielkie granty, powraca we mnie pytanie o przeszłość. Czy wiedza o niej przywiązuje do miejsca czy ludzi. A jeśli do ludzi, to do jakich? Tragedia z ostatnich stron książki Mendelsohna polega na tym, że człowiek, który spogląda wstecz żyje już do końca w zgubnym rozkroku między jakimś dziś, a ostatnimi sześćdziesięcioma laty. W tym sensie tytuł jego książki czytam jako „Zgubieni".

Emil Majuk, animator, który zajmuje się historią stosunków polsko - żydowskich powiedział: „Mnie do działania motywuje świadomość miejsca, z którego pochodzę. Dom szewca Fawki to mój dom. Mój dom był kiedyś domem szewca Fawki. W tym wszystko się zawiera. Uniwersalne pytania, które tkwią w lokalnej historii, szukanie korzeni, poznawanie kultury pogranicza(...)"  Gesty z soli widoczne są na co dzień. Chętnie je wyłapuję. W rozmowie z Marią Zmarz - Koczanowicz ukułyśmy tezę, że wątki żydowskie nie istnieją samodzielnie, ale jako emanacje określonych bytów. Potrafią odroczyć swoje pojawienie się, kiedy jednak zamieszkają w przechodniu zwykle go nie opuszczają do śmierci. Rys przenoszonej historii i jej akuszerów odnajdziemy również na stronach obu książek. To nowy gatunek opowiadania, nowy gatunek starej historii, bo jak udowadnia w swoich błyskotliwych analizach Biblii Mendelsohn, zagłada narodu żydowskiego została wpisana w dzieło jego stworzenia.  

Rodzi się nowy kanon. Daniel Mendelsohn ma już o nim swoje zdanie: tylko opowiedziane historie przeżyją swoich narratorów.  

 

 

Abraham Ascher, Oblężona społeczność. Wrocławscy Żydzi w czasach nazizmu, Wydawnictwo VIA NOVA, Wrocław 2009.

Daniel Mendelsohn, Zagubieni, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008. 

 

agnieszka kłos

 

poniedziałek, 28 grudnia 2009 19:26