Pierwsze przeniesienie to gazeta „Na Przełaj", którą matka zaprenumerowała mojemu bratu. Gazeta przychodziła w czwartek do kiosku w wielkim wiklinowym koszu. Wiadomo było, że od czwartku kolejka do wc będzie inna: mój brat, ja, moja matka i ojciec, a potem znowu mój brat i ja. Dopóki moja matka nie przeczyta na okładce gazety napis: dla starszej młodzieży harcerskiej i zakaże mi czytać. Wtedy mój brat i ja wpadamy na pomysł: raz w tygodniu mogę przeczytać kilka stron za kasę. Płacę bratu przed wejściem do wc, czytam na czas za pieniądze. Wychodzę, oddaję mu gazetę i widzę, jak moja forsa znika w jego kieszeni.
Drugie przeniesienie: Stan Tymiński. Idę z ojcem przez planty. Będziemy głosować. Ja nie mam prawa głosu, ale chcę zobaczyć jak to wygląda. Mój ojciec wybrał kandydata już dawno. Przed wejściem dyskutuje ze znajomymi, namawiają się jeszcze, wychwalają swoich kandydatów. Podsłuchuje ich jakiś facet w dżinsowej kamizelce. Potem dopada nas na plantach i przeprowadza z moim ojcem wywiad. Wracamy do domu wstrząśnięci: to prasa zeszła do ludzi?! Nazajutrz w gazecie mój ojciec i jedno zdanie: Polską rządzili już ludzie normalni, a teraz czas na człowieka z żółtymi papierami i czarną teczką.
Trzecie przeniesienie: w jakieś odległe czasy dobrego jedzenia i zupełnie zapomnianych słów. W drodze do Wrocławia na studia, kiedy okazało się, że małego miasta należy się wstydzić. Jego akcentu, ciężkiej torby z wałówą, normalności. Temu przeniesieniu nie towarzyszy gotowy obraz, raczej tęsknota za czymś, co minęło bez jakiejkolwiek trzeźwości: nie miałam przytomności umysłu reporterów „Dużego Formatu", żeby to wszystko opisać.
Lektura reportaży wybranych i opatrzonych komentarzem Mariusz Szczygła sprawiła mi ogromną przyjemność. Nie tylko dlatego, że pozwoliła mi przenieść się raz jeszcze do czasów, o których chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć, ale dlatego, że uzmysłowiła mi zmianę w podejściu do słowa. Nieprzypadkowo w książce znalazły się reportaże, które opublikowano w „Dużym Formacie" i „Polityce", dwóch tytułach, które na rynku wyróżniły się wielką dbałością o styl. To również tytuły, które były na reportaż stać.
Lektura tekstów odsłoniła coś jeszcze; ogromną przepaść jaka dzieli teksty z początku epoki przemian i jego końca. Stara gwardia wybitnych reportażystów broni się doskonałym słowem, ciężarem postawionej kropki we właściwym miejscu, wyborem tematu i mozolną pracą z redaktorem nad ostatecznym kształtem tekstu. Wyczuwam różnicą w podejściu do tekstów ich młodszych kolegów; pęd do słowa, które ma brzmieć, pewną sztuczność, wspinanie się na palce, żeby dosięgnąć, a właściwie imitować styl starszych kolegów. Te teksty różnicuje czas, ale nie tylko czas ich powstania: c z a s, w którym pozwolono zbierać materiał, pisać, redagować i się uczyć. Czuję, że ten czas dramatycznie się skurczył.
Czytałam tę książkę w podróży po Niemczech, w czystych pociągach, na zimnych dworcach, podczas posiłku. Oglądałam Niemcy przez pryzmat ostatnich dwudziestu lat Polski i dostrzegałam te same przemiany. Na styku Niemiec wschodnich i zachodnich czas tykał w rytm tego samego zaskoczenia, żenady i szoku. Ktoś kogoś podciągał w górę, a robił to na siłę, wbrew wszelkiemu rozumowi i wytrzymałości materiału. Wschodnie Niemcy sflaczeli. Na maszcie łopocze kawał szmacianej flagi. W rytm jej podmuchu czytałam słowa Hanny Krall spisane w 1990 roku podczas spotkań wyborczych z posłem Witoldem Kulerskim w zapomnianych gminach Polski B. Mentalny obciach, doszyta nowomowa, koślawe sformułowania, przypomniały mi coś z podstawówki: jak ktoś chciał zrobić sobie jaja z nauczycielki, spisywał jej słowotok, a potem czytał to na głos.
Żyliśmy w tej samej Polsce, a jednak Szczygłowi zazdroszczę. Zazdroszczę mu determinacji w podejściu do słów (Szczygieł je śledzi, podsłuchuje, wyłapuje drobne niuanse, dyżuruje na przystankach, w kolejkach, pociągach, podczas rozmów z rodzicami przez telefon, Szczygieł notuje, podczytuje innych, zazdrości celności, słuchu, trafności w łapaniu słów innym, w tym kobietom): wyrusza ze Złotoryi do Warszawy, z redakcji „Na Przełaj" do „Gazety Wyborczej". Zapis tej wędrówki w myśl „Podróże kształcą", otwiera wybór reportaży i stanowi dowód na zwycięstwo jakiego w ciągu tych lat dokonał. O Mariuszu Szczygle wie dziś każdy, o Witoldzie Kulerskim nikt.
Przypadek sprawił, że książka Szczygła stała się wraz z „Dekalogiem" Kieślowskiego i Piesiewicza, moim osobistym odniesieniem do dawnej Polski i właściwie wywołała nie słabnącą nostalgię. Za czasami, w których Polska klasy B była jakimś nużącym, a jednak niewyczerpanym źródłem wielkich inspiracji, a wszyscy ludzie mieli masę czasu. Oglądając po raz drugi cykl filmów Kieślowskiego, śledząc tempo akcji i dialogu, zastanawiało mnie jedno: skąd oni mają na to wszystko czas?
Komfort powolnego życia i powolnej, godnej pracy nad własnym materiałem, odróżnia ostatnie dwadzieścia lat. Czy wydarzyło się to wszystko, o czym napisali reporterzy w tej książce? To i tysiące innych, dla mnie najważniejsze jest jednak to, że każdy dialog, zdanie i kropka zostały postawione z wiarą w ich sens. I właściwie ta świadomość wyzwala we mnie największą tęsknotę za czasami, w których przestali pisać Miron Białoszewski i Tadeusz Konwicki. Baleron z kością czy bez? Dla mnie z kością. Kość zwiększa ciężar gatunkowy dania i można ją później długo ssać.
20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.
agnieszka kłos
sobota, 13 lutego 2010 17:33
