Wielu ludzi podziela pogląd, że w muzyce nie można zrobić już nic nowego. Jeszcze większa grupa przychyliłaby się pewnie do opinii, że co prawda można spodziewać się innowacyjności, ale nie na polskiej scenie muzycznej. W tym kontekście ostatni projekt Michała Litwińca (dla wtajemniczonych: „Litwy”), współtwórcy m.in. Kormoranów, Karbido, Czerwi oraz dyrektora artystycznego wrocławskiego klubu Kalambur, wypada niesamowicie świeżo. Zresztą określenie „niesamowitość” leży u podstaw całego przedsięwzięcia.
Historia warta jest przytoczenia: Litwiniec – multiinstrumentalista i entuzjasta zakurzonych i zapomnianych (lub niedocenionych) brzmień, poszukując inspiracji w ceramice, wpada na pomysł stworzenia zespołu grającego wyłącznie na glinianych instrumentach. Podążając za swoim marzeniem, zbiera ośmioosobowy skład muzyków równie zapalonych do nowatorskich dźwięków, co sam pomysłodawca. W zespole spotykają się artyści związani z grupami: Małe Instrumenty (Jędrzej Kuziela) i Kormorany (Jacek Fedorowicz), specjalista od bębnów (Wiktor Golc) oraz cztery młode, utalentowane wokalistki (Joanna Błaszczyk, Olga Chojak, Joanna Gancarczyk i Aleksandra Gronowska). Trzy pierwsze z wymienionych artystek poza zdolnościami, wnoszą do przedsięwzięcia rzetelne etnologiczne przygotowanie. Realizacja projektu wymaga wycieczki do Czech po pierwszorzędną glinę garncarską. W Jaromierzu, przy knedlikach, Litwiniec wdaje się w rozmowę z szefem baru, w trakcie której wyjawia swoje muzyczne zainteresowania. Rozmówca, Ladislaw Anton, okazuje się być synem palacza zwłok, a jednocześnie jednego z nielicznych projektantów instrumentów glinianych w Europie. Anton senior nie dość, że naszkicował i opisał kilkadziesiąt instrumentów, był także kompozytorem „glinianej muzyki”. Anton junior ze łzą w oku przekazuje polskim muzykom partytury i projekty ojca, i obiecuje pojawić się na wrocławskiej prapremierze.
Oto ciąg wydarzeń, który miał swoje ukoronowanie w trakcie 32. Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. 18 marca na scenie Teatru Polskiego na Świebodzkim, w ramach konkursu TUKAN OFF, miało miejsce pierwsze wykonanie utworu Ladislawa Antona Gliniane Pieśni w aranżacji muzyków pod egidą Litwińca. W czerni teatralnej przestrzeni oczom tłumnie zgromadzonej widowni ukazały się niezliczone ceramiczne przedmioty. Większość z nich okazała się być instrumentami muzycznymi, niektóre stanowiły jedynie część dekoracji. W wypadku tego koncertu właściwsze byłoby posłużenie się raczej definicją instrumentu muzycznego, niż pojęciem in se – muzycy, korzystając z pomocy Wydziału Ceramiki i Szkła wrocławskiej ASP, skonstruowali przeróżne „przyrządy wytwarzające dźwięki”. Na hasło: „instrument” wyobraźnia podpowiada dobrze znane obrazy, natomiast słowo „przyrząd” nie nasuwa jeszcze konkretnych skojarzeń. Przyrządy projektu Antona to w znacznej mierze rzeczy nowe, o nieznajomych kształtach, wydające z siebie nieznajome dźwięki. Część z nich można dość trafnie porównać do innych (np. organów, cymbałów, saksofonu, mandoliny, didgeridoo…), pozostałe zaś przywodzą na myśl tylko ogólne konotacje (muzyka etniczna, plemienna, obca, tajemnicza).
Rzadki to przypadek w zachodniej muzyce, by artyści sami skonstruowali sporą część użytych instrumentów. Sytuacja kojarzy się raczej z pewną pierwotnością, z korzeniami muzyki. Współgra to zresztą z podejściem Litwińca do sztuki i jego wizją projektu: „powrót do ziemi” – to słowa, którymi artysta opisuje swoje obecne zainteresowania. Niesamowitość drogi, jaką odbył zespół, polega na wielu zbiegach okoliczności i unikalności całego przedsięwzięcia. Ladislaw Anton stworzył partytury graficzne, na które składają się plamy barwne, wzory i pojedyncze słowa. Nie używał nut, więc można się domyślać, że nie znał zapisu nutowego. Nie przeszkodziło mu to jednak w konstruowaniu dźwięków, w precyzyjnej pracy kompozytora. Zresztą zgodnie z założeniem, że pismo nutowe jest niedoskonałe i nie da się w nim wyrazić pełni kompozytorskich zamiarów, można sobie wyobrazić, że graficzne obrazowanie muzyki (pomysł sam w sobie nienowy) jest koncepcją niezgorszą, a może nawet bliższą percepcji twórców i wykonawców. Syn Antona powiedział, że „nie ma obiektywnej możliwości odczytu tego zapisu”. Zasadne jest pytanie: czy w ogóle możliwy jest obiektywny odczyt zapisu muzyki?
Przed koncertem rozdano publiczności płyty CD zawierające rejestrację wywiadu z Ladislawem Antonem juniorem, przeprowadzonego w czeskiej stacji radiowej. Z płyt dowiedzieć się można o kolejnych dowodach niesamowitości Glinianych Pieśni. Oto pierwotny tytuł utworu jego ojca brzmiał 108: jedynka oznaczała pełnię, zero – pustkę, natomiast ósemka – duchową doskonałość. Nie dziwi zatem, że przy knedlikach szybko wyszło na jaw, iż zespół Litwińca składa się z ośmiu muzyków i jednego mistrza koła garncarskiego (w tej roli Leri Pepidze – ceramik i wykładowca ASP), a założona przez Michała wytwórnia płytowa figuruje pod nazwą „Studiopustka”. Literki bezładnie rozrzucone po partyturze utworu Czecha, przy pomocy śliwowicy zebrane i ułożone w sensowny ciąg, utworzyły zdanie: „It smells like rain today”, a inicjały widniejące na papierze naprowadziły muzyków na Toma Waitsa. Jasne stało się, że kompozytor odniósł się w dziele do utworu Green Grass wspomnianego artysty, a nawet umieścił w nim wersy tej piosenki, które w trakcie koncertu odśpiewał głębokim i wyrazistym głosem Litwiniec.
Wracając do sedna wydarzenia, jakim był koncert: muzyka wykreowana przez zespół (słowo „kreacja” ma w tym wypadku niebagatelne znaczenie) była piękna dzięki swojej prostocie. Dzieło otworzył szept doskonale nagłośnionych, puszczonych w wirujący ruch, mis. Po chwili zawtórowały mu potężne, ceramiczne bębny, by zaraz ustąpić miejsca glinianym cymbałom. Po lewej stronie scenę zawłaszczył kobiecy chór, którego śpiew momentami zbliżał się do wokalnych wyczynów innego gościa 32. PPA – Meredith Monk. Po prawej stronie, w świetle słabego reflektora, usadowił się garncarz, by na żywo, w takt muzyki toczyć naczynia podobne do tych, z których muzycy wydobywali dźwięki. Sugestia była czytelna: muzyka jest wszędzie wokół, zaklęta w przedmiotach, uśpiona w człowieku. Kształtuje się dowolnie podług woli twórców, daje wolność, ale ma swoje ograniczenia.
Rytm różnych bębnów, przypominających afrykańskie djembe, indyjskie table i gatamy, przeplatał się z melodią kobiecych głosów, piszczałek, fletów, gwizdków, trąb, a nawet instrumentów wyglądających jak puzon czy saksofon. Zwornikiem całej kompozycji był Litwiniec, który co chwilę zmieniał miejsce na scenie i przedmiot muzycznego zainteresowania. Trzeba przyznać, że przy całej różnorodności wykorzystanych instrumentów, muzyka była spójna, wzorowo zharmonizowana i wykonana. Artyści biorący udział w projekcie to twórcy obeznani z oryginalnymi instrumentami i muzycznymi eksperymentami. Niesamowita jest ich wszechstronność, niesamowita elastyczność. Koncert miał charakter całościowy, można by powiedzieć „holistyczny”. Jak już zauważono, Gliniane Pieśni pomyślane są jako jeden utwór o wielu uchwytnych znaczeniach. Litwiniec zinterpretował go jako ośmioczęściową opowieść o narodzinach, dzieciństwie, buntowniczym i miłosnym dojrzewaniu, pracy, rodzinie, bólu po stracie bliskich, starości i śmierci. Na koncercie można było wyodrębnić jeszcze jedną, dziewiątą część: ponowne narodziny.
Takie odczytanie partytury Antona bliskie jest buddyjskiej filozofii, której zwolennikiem jest pomysłodawca przedsięwzięcia. Muzyka Antona wykazuje różnorakie inspiracje i daje pole szerokim możliwościom interpretacyjnym. W wersji wrocławskiej wypadła znakomicie, oczarowując zasłuchaną publiczność – naśladując a to deszcz, a to zabawę dzieci, a to transowe obrzędy rytualne. Muzycy w sposób prosty, chciałoby się powiedzieć „organiczny”, opowiadali o zmysłowości, o tajemnicy, miłości i śmierci. Zauważyć można było także podkreślenie aspektu równowagi w świecie (czterech mężczyzn i cztery kobiety) oraz ludyczności pierwotnych inspiracji. Uderzająca była siła wyrazu całego widowiska, jego performatywny potencjał, który wzmogły jeszcze efekty świetlne, prosta, sugestywna scenografia i dopracowane w detalach stroje projektu Olgi Nieścier. Koncert doskonale wpisał się w charakter Przeglądu, bądź co bądź piosenki a k t o r s k i e j .
Gliniane Pieśni to kompozycja zwarta i skończona, ale jednocześnie otwarta. Około trzydzieści instrumentów, o najróżniejszych, czasem fantastycznych kształtach (jeden ze strunowych wyglądał jak stwór rodem z piekła Hieronima Boscha) dało oszołamiający efekt bogactwa i pełni. Pokreślić należy bezbłędne nagłośnienie imprezy, od którego zależało powodzenie całego projektu. Dzięki temu, że muzycy dobrze się słyszeli, ich zintegrowanie było bez zarzutu. Całość muzycznego spektaklu przenika osobowość Michała Litwińca, jego zainteresowanie muzyką gongów i tanek tybetańskich oraz bezustanne poszukiwanie nowego brzmienia. Jeśli można by zarzucić coś zaproponowanej interpretacji, to chyba tylko pewnego rodzaju horror vacui – koncert wypadł prawie jak zwarty didżejski set, w którym nie ma miejsca na oklaski. Z tym że trudno traktować to jako słabość wykonania, bo Gliniane Pieśni to właśnie jedna, długa pieśń-opowieść o człowieku.
Jurorzy części konkursowej tegorocznego Przeglądu musieli mieć szereg poważnych zarzutów do projektu, skoro w werdykcie o Pieśniach nie wspomniano. Smutna i rozczarowująca jest konstatacja, że tak ciekawe wydarzenie muzyczne, godne europejskiego tournée, przeszło jak dotąd bez echa. Można mieć uzasadnione wątpliwości, czy szanowne jury PPA rozumie w pełni swą rolę i rzeczywiście stawia sobie za cel wyróżnienie przedsięwzięć nietuzinkowych. Twórca partytury i autor projektów glinianych instrumentów powiedział kiedyś, że nie powinno się wieńczyć własnego dzieła. Jeśli zgodzić się z takim podejściem do twórczości, to pozostaje jedynie czekać na dalsze rozwinięcie projektu, do którego prapremiery doprowadzili wrocławscy muzycy i Ladislaw Anton junior. Właściciel baru z knedlikami na razie nie ma dzieci.
Maria Achinger
wtorek, 10 maja 2011 15:11