LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO

Swans


Nowojorska grupa Swans gra po reaktywacji w składzie z m.in. Normanem Westerbergiem i Christophem Hahnem z dawnych składów kapeli, ale na szczęście bez Jarboe, która do dzisiejszego oblicza ich muzyki nie za bardzo już pasuje – z jednej strony wspomnienie skomplikowanego związku z Girą, z drugiej dwie różne nieprzystające do siebie artystyczne osobowości – Jarboe publicznie mówi o swoim nawróceniu na chrześcijaństwo, Gira to nadal ikonoklasta i obrazoburca. Maskulinizm nowych Swans to po części powrót do ciężkiego industrialnego brzmienia z pierwszego okresu działalności grupy (lata ‘82 – ’87), połączone z transowymi pasażami z ostatnich lat działalności, pomijając całkowicie „piosenkowy” okres z Jarboe na przełomie lat 80. i 90. Efektem są kompletnie nowe interpretacje starych utworów I Crawled, Sex God Sex, Your Property przefiltrowane przez narkotyczną psychodelię Soundtracks For The Blind i The Great Annihilator, połączone z równie zaskakującymi wykonaniami utworów z najnowszej płyty My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky, np. 30-minutowy No Words/No Thoughts z kilkunastominutowym wstępującym dronem, podczas którego pojedynczo wchodzą na scenę poszczególni muzycy. Chociaż sama płyta była krytykowana przez niektórych za zbyt mało hałaśliwą i przypominającą neofolkowe Angels of Light, na koncertach zespół wykonuje utwory z My Father... z siłą porównywalną do kaskad dźwięku z dawnych, legendarnych płyt. Niewątpliwie ścieżka, którą kroczą, to po części kontynuacja linii rozpoczętej takimi utworami jak Final Sacrifice, The Sound czy Helpless Child – niestety na obecnej trasie koncertowej nie pojawia się żaden z wymienionych utworów, nie brakuje natomiast ducha z owej późnej twórczości, z połowy lat 90. Wydaje się, że słychać również w niektórych fragmentach doświadczenia sceny folk, noise, ambient czy doom ostatnich piętnastu lat, jednak Gira jest zbyt świadomym siebie twórcą, aby czerpać li tylko z zewnętrznych źródeł (notabene trzyma rękę na pulsie jako właściciel Young God Records). Przede wszystkim, muzyka dzisiejszych Swans przypomina długą, posępną podróż zakamarkami ludzkiego mózgu, potężny trip na LSD lub długi, gorący, namiętny seks. Najistotniejsze jest w czasie koncertu skupienie się na początkowych dźwiękach każdego z utworów, aby później zamknąć oczy i dać się ponieść w głąb własnej jaźni. Przykładem nowy utwór Avatar – narastające z minuty na minutę ciśnienie, potężniejący dźwięk, przechodzący w gigantyczny i jednostajny rytm bębnów, perkusji i basu – lub The Apostate o fenomenie Lady Gaga, podczas której Gira zatraca się w ekstatycznym tańcu. Dodatkową atrakcją są właśnie sceniczne szaleństwa wokalisty (pozorowana masturbacja, plucie, krzyki, sarkastyczne komentarze wobec publiczności) i pozostałych muzyków (wściekłe, pogardliwe spojrzenia kierowane ku publiczności – jeden z elementów scenicznego show), nie brakuje tym dżentelmenom poczucia humoru i dystansu, czego nie można do końca powiedzieć o niektórych osobnikach, wśród oczarowanej koncertem publiczności. Christoph Hahn grający na gitarze hawajskiej, wygrywa całe serie solówek, Norman Westerberg dodaje tło ciężkim liniom basowym Chrisa Pravdicy, a Gira jako gitarzysta prowadzący, zachowuje się jak dyrygent, daje znaki pozostałym muzykom kiedy zacząć lub skończyć odpowiednią kwestię. Na scenie mamy dwa zestawy perkusyjne: główny, należący do bębniarza Phila Puelo oraz zestaw Thora Harrisa składający się z ksylofonu, dzwonów, piszczałek, talerzy i innych dodatkowych instrumentów. Po koncercie rozluźnieni muzycy rozdają autografy lub rozmawiają z wybranymi osobami z publiczności, a Michael Gira w kowbojskim kapeluszu i cygarem w zębach, na stoisku sprzedaje swoje płyty i koszulki. Podsumowując – coś nie tylko dla fanów Swans, ale dla każdego słuchającego ciężkiej muzyki – przeżycie niezapomniane, wwiercające się w mózg na wiele lat, ekstatyczne. Warte zapamiętania, gdyż Westerberg, nagabywany w grudniu o nową płytę i trasę koncertową, wyraźnie takim planom początkowo zaprzeczał, niedawno jednak kapela weszła do dawnego studia Einstürzende Neubauten – Andere Baustelle w Berlinie, gdzie nagrywają materiał na nową płytę. Chodziły plotki o tym, jakoby muzycy byli ze sobą i swoim managementem mocno skłóceni (odwołali koncerty w Gdańsku, Bratysławie i Salzburgu), jednak w maju dali najlepszy, najbardziej intensywny koncert całej trasy – na festiwalu Primavera Sound w Barcelonie. Grając obok swoich mistrzów takich jak Glenn Branca czy Suicide, a obok swoich równie sławnych znajomych jak Shellac, PiL, Grinderman, Einstürzende Neubauten czy Arto Lindsay, zgarnęli całą pulę: jednogłośnie ich koncert został uznany najlepszym na festiwalu.

Utwory wydłużyły się do ponadpółgodzinnych suit, ale bez obaw – daleko im do pompatyczności Pink Floyd czy innych Marillionów. Słychać echa krautrocka, tego mniej znanego spod znaku Amon Düül czy Organisation, psychodelii Hawkwind czy improwizacji Throbbing Gristle, wpływy Neurosis, black metalu i noise'u czy nawet neofolku. W przeszłości hałas na koncertach Swans doprowadzał ludzi do wymiotów lub osypywania się tynku ze ścian, a policja była zmuszona przerywać występy, niekiedy wokalista nakazywał nawet wyłączanie klimatyzacji tuż przed wyjściem na scenę. Dziś Gira mówi o koncertach Swans jako o doświadczeniach psychofizycznych („soul-uplifting and body-destroying”), porównuje do tantrycznego seksu, przechodzenia w trans, wychodzenia duszy z ciała – wyznaje, że mimo iż jest ateistą, czuje się wtedy bliżej nieokreślonej siły, którą prawdopodobnie, według niego, jest Bóg. Szkoda by było tej energii, którą obdarowują publikę muzycy, dlatego zespół zapowiedział na jesień 2011 roku limitowaną koncertową płytę z drugiej części europejskiej trasy – należy żałować więc, że nie zagrali w Gdańsku, bo może jakieś nagrania zostałyby wykorzystane, tak jak kiedyś na płycie Feel Good Now. Pieniądze z trasy oraz płyty koncertowej zostaną użyte do nagrania i wyprodukowania kolejnego LP, którego premiera zapowiadana jest na rok 2012. Podobnie było w przypadku płyty My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky, która została po części sfinansowana z datków fanów oraz sprzedaży limitowanej płyty solowej Giry I Am Not Insane. Kolejnym ciekawym aspektem nowych Swans jest to, że powrót nie miał na celu odcinanie kuponów dawnej sławy, a służy jako wehikuł wciąż rozwijającej się wyobraźni lidera zespołu. Najzabawniejsze jest to, że dzisiaj to tak „wiekowi” ludzie jak Gira, Cave, Albini czy członkowie Suicide nadają ton muzyce i pokazują smarkaczom ze sceny „indie”, gdzie ich miejsce. Pozostaje tylko czekać na kolejne nagrania i polecić Swans jako najlepszą w tej chwili na świecie kapelę grającą na żywo.



Jacek Żebrowski

 

 

(support: James Blackshaw)

Palac Akropolis, Praha, 08.12.2010.

Firlej, Wrocław, 09.12.2010.


 

środa, 20 lipca 2011 08:24