LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO

Płaski koń Sandry Szczepańskiej. Fragmenty

 

Apaszka ze złotą nitką

 

Policzyłem się z nią cicho, na palcach. Do spoliczkowania użyłem palców swojej malinowej dłoni. Długo schodziłem po schodach, na ścianach wisiały zielniki. Potem upiekłem dyniowe ciasto i zostawiłem je na werandzie. Ufałem, że pojawi się na deszczowej paradzie.
Pokojówki zaklinowałem w bawialni. Teraz sam będę dowodził, choć to tak bardzo niepopularne. Ciągłe przebicia na linii utrudniały porozumienie. Była kiedyś pewna dziewczyna. Jedyna taka dziewczyna w zakładzie, która wcale nie chciała wyzdrowieć.
Po porannych przeglądach i ogłupianiach powtarzaliśmy im frazy sprzed lat. „Nie wszystkie powroty są konieczne i nieuniknione, trudno jednak uchylić się przed nimi, prawda? Pan Bułka wcale niezaginął w deszczowej paradzie, Pan Bułka wcale nie...”.
Odwracając się do słońca, przymykano na nią oczy. Podjęła sporą sumę pieniędzy. Kupiła sobie za nią tylko apaszkę ze złotą nitką. Co się stało z resztą jej życia? Podczas deszczowej parady udało się jej zgubić samą siebie. Ziemia obracała się w przeciwnym kierunku.
– Co powiedziałaby pani osobie, która nie ma ochoty piec dyniowego ciasta?....

 

Febra

 

Masz dziś takie duże oczy. Chyba znowu wszystko w tobie wypłowiało. Paliłeś papierosy, kiedy ja byłam jeszcze malutka. Co sobotę w wannie krople zimnej wody kapały na moje lewe kolano. Dopiero niedawno sobie o tym przypomniałam. A gdy niektórzy wyjechali i mieli wrócić w piątek, długo nie mogłam połknąć śliny.

Gdybyś tu teraz był, pewnie przyglądałbyś mi się obojętnie. Byłabym w tobie powykrzywiana, pomięta i zbyt niebieska. Niczym pozostałość po okolicznym niebie sącząca się przez południa. Wprost do śmiertelnych poranków w bezoddechu. Teraz każdy dzień witasz z zamkniętymi oczyma, żeby nie wpuścić zbyt wiele światła. Skierowały mnie do ciebie mordercze gwiazdozbiory, polecasz więc bliskość z dystansem. Wszystkie te odmiany już dawno mnie przemieniły. Wsłuchuję się w odgłosy półrocznych fal. Wszystko pozostaje na wpół domknięte, przewietrzone, rozważone. Tylko dłońmi nie popełnialiśmy błędów.Chociaż przelały się przez nie konstelacje podupadłych słów. Ale przecież tobie to nie schlebia. Ciebie to męczy, jak myśl o Febrze.

 

Naręcza cyprysów

Nie rejestrując porannej rutyny, zaczynam udawany pośpiech miejskim środkiem komunikacji. Wyścig ku jawności postępowań.
Równo i miarowo wcinam się w ekshibicjonistyczną ciszę korytarza, fatalnie oświetlonego tunelu. Wiem, że dotarcie tutaj zajęło mi kwadrans. Od ośmiu godzin przeliczam minuty podług własnego uznania, sugerując jednocześnie, że moja miara jest jedyną właściwą.
Teraz ku zaokrągleniom załamanych fal rejestrujących ostatnie wole. Jedno jedyne spojrzenie na rzędy anonimowych łóżek. Pod cielistą ścianą zlokalizowany mój hollywoodzki przyjaciel.
Bacznie i pionowo istnieję przy łóżku, by uchronić jeszcze jedno popołudnie, należące do wspólnej ścieżki czasoprzestrzeni. Grozi mu odwieczny zgon, depresyjne przygnębienie wspomagane sprzymierzoną karbamazepiną. Powodami aktualnego usidlenia są oficjalne wrzody, rozpływające się złowieszczo w ciele mojego starczego rówieśnika. Wrzodom pomaga zdrowieć ich niereformowalność.

 

 

 

Sandra Szczepańska

ur. 16 maja 1986. Wrocławianka. Absolwentka psychologii klinicznej i zdrowia na Uniwersytecie Łódzkim. Po ukończeniu studiów przez rok była wychowawcą w domu dziecka. Aktualnie pracuje jako psycholog w jednym z wrocławskich gimnazjów. Od dziewięciu lat publikuje w Ricie Baum.

 

 

piątek, 09 grudnia 2011 10:14