pamięci Rafała Wojaczka w 40. rocznicę śmierci
Lekka mżawka. Autobus zatłoczony ludźmi, bohater skulony na samym końcu pojazdu po lewej stronie tuż obok szyby. Czyta Myszy i ludzi. Kwadratowa torba na ramię wypchana książkami, wyraźnie przetłuszczone włosy i cera, znoszona kurtka, zabłocone buty, spada- jące, zbyt szerokie spodnie, zaparowane i mokre okulary.
Znowu, kurwa, uciekam. Ciągle sobie zadaję to jedno pytanie: po co mnie zapisali na te studia? Czy ja wyglądam na kogoś, kto może się zajmować ekonomią? Nie wyglądam. Całe moje studiowanie polega na planowaniu, gdzie i jak dzisiaj spierdolić. Właściwie to zbliżam się do ściany. Mówią, że kłamstwo ma krótkie nogi. To prawda. Nie da się przecież ukryć trzech warunków z czegoś tam i pięciu poprawek z czegoś tam innego. Ja się chyba nigdy nie zmienię. I JESZCZE TE STARE KURWY PIERDOLĄCE O NIEPOKALANYM POCZĘCIU, CHCIAŁBYM JE ZAPIERDOLIĆ CZYMKOLWIEK, NAWET TYM MŁOTKIEM DO WYBIJANIA SZYB! Ja wiem, co one sobie myślą, widzę, jak się gapią w tych swoich kapelusikach. Ich wnuczęta fąfa fąfa bankowość i finanse, prawo, lewo, ekonomia, informatyka dyplom stypendium staże zagraniczne! Wiem, kurwy, co sobie teraz myślicie, gapiąc się na mnie tymi ryjami, które by tylko wpierdalały kiełbasęe z biedronki żeronimo kurwa martens, a potem zapijały Modą na sukces. Myślicie: z choinki się to urwało Pani! Kto to widział młody chłopak o tej godzinie z książką jakąś taką no wie Pani co. Młodzież proszem Paniom to o ty godzinie na uczelni siedzi i ino wykładowców słucha. Ja was, kurwy, znam, oj, znam. Dzień świra all night, all day all jebany year long. Sztafeta pokoleń, w której ci, co wystartowali z pierwszego pola startowego, automatycznie dostają virtuti sruti i komplet sztućców do tego. Odkąd uświadomiłem sobie, że mam skazę, ale, kurwa, nie białkową. Mam skazę, którą nazywa się nadwrażliwością. To takie coś, co mogę sobie wsadzić w dupę. Tak, w dupę. Ponieważ poza dupą nadwrażliwość nie przyda mi się absolutnie do niczego. Właściwie w dupie ta nadwrażliwość też mi się na nic nie przyda. Gdybym był homoseksualistą, mógłbym sobie powiedzieć: nie martw się, ta nadwrażliwość jest ci na chuj potrzebna. A może nawet powiedziałby mi to jakiś bardzo przystojny, ogolony na całej powierzchni ciała Julio wprost z gorącej Hiszpanii. Z drugiej jednak strony bycie homoseksualnym w tym kraju to całkowite skazanie siebie samego na bezkresną otchłań bluzgów ze strony tych starych szmat, dresów, nazistów, nacjonalistów, świadków jehowy, faszystów, metali, ADWENTYSTÓW DNIA SIÓDMEGO CZY JAK ONI SIĘ TAM, KURWA, NAZYWAJĄ!
Czasami, kiedy uświadamiam sobie, co siedzi w mojej głowie, jestem przerażony. Czuję na sobie wzrok tych wszystkich ludzi. Boję się tłoku, ścisku, wyjałowionych do granic możliwości rozmów, które zapełniają czas gawiedzi pędzącej na zajęcia z gry na bawolich jądrach połączonej z lekcją śpiewu operowego. Boję się. Już nawet smród, wszechobecny smród wywołany oszczędnością na mydle, która owocuje kolejnym denaturatem w rodzinie państwa Nowaków. WYPUŚĆCIE MNIE STĄD! OTWÓRZ TE DRZWI! Po co ja trzymam tego Steinbecka? I tak nie jestem w stanie go tutaj przeczytać. Czytanie jednej z najlepszych współczesnych powieści nie idzie jednak w parze z jazdą 37 do Mikołowa. O nie! Niestety. Wydaje mi się, że nawet „Super Expressu” bym w tej trumnie naszej małej ojczyzny na kółkach nie przeczytał. Co tam przeczytał! Nic bym nie zrozumiał. Nic. Zupełnie nic. Ten wszechobecny bełkot, ta jebana sraka płynąca pod sufitem wśród upierdolonych rurek do trzymania się w trakcie jazdy, żeby przypadkiem się nie wyjebać na podłogę! Chowa książkę do torby. Wyjmuje słuchawki, przeciera okulary. Czy ten autobus dojedzie kiedyś do tego Mikołowa? Może, kurwa, źle wsiadłem czy ki chuj. Z KZK GOP-em to nigdy nic nie wiadomo. Śmieje się głośno.
Taaaak. KZK GOP. Pamiętam te ich uchwyty z hasłem: Z nami dojedziesz bezpiecznie i na czas. Ja pierdolę. Śląsk. Magiczna kraina na krawędzi wszystkiego. Tutaj spędzasz godzinę w autobusie jadącym ze stolicy Śląska na peryferie Śląska, ale wysiadając czujesz się, jakbyś wcale nie zmienił położenia. To gorsze niż pociąg tanich linii kolejowych spółki poczekasz kurwo poczekasz, który na trasie Wrocław Główny – Katowice cofa się na wysokości Brzegu. Oczywiście wcześniej stoi na stacji co najmniej trzydzieści minut. Można sobie utrwalić majestatyczne budynki fabryki Odry tak, że aż zaczyna ci burczeć w brzuchu. Śląsk. Katowice, Bytom, Zabrze. Wszystkie odcienie szarości. Temu, kto wymyślił hasło: Śląskie. Pozytywna energia powinni z miejsca przyznać stypendium ministra kultury i zatrudnić w najbardziej prestiżowej firmie specjalizującej się w marketingu regionalnym. Skoro Obama dostał Pokojową Nagrodę Nobla, to w czym problem?! Jaka, kurwa, energia? Tu panuje żulerskie domino. Jeden żul podchodzi i prosi o fajkę. Chłopcy kręcą imprezę jak ta lala, albo tamta. Podchodzi jeden, prosi o papierosa, albo cztery, bo koledzy też w potrzebie. Zawsze, odkąd zobaczyłem pierwszego żulieta, przechadzającego się po centrum Sosnowca ruchem odlewodoprawnym, zastanawiałem się, na czym polega selekcja żula przodownika sępienia. Czy w grę wchodzi poziom jebania denaturatem? Czas od ostatniej kąpieli w kałuży? Częstotliwość robienia pod siebie systemem afrykańsko-azjatyckim lub azjatycko-afrykańskim w zależności od punktu odniesienia? Nie, nie jestem rasistą. Tak mi się jakoś skojarzyło. Do dzisiaj nie udało mi się tego pojąć. A może oni nie mają żadnej metody. Może nawet nie przeprowadzają demokratycznych wyborów, w których spośród grupki błaznów wybierają tego, który na te kilkanaście sekund żebraczki wykrzesa z siebie cząstkę dawnego, minionego blasku poklasku, kiedy to, jadąc zastawą do komitetu centralnego partii, dolewał sobie koniaku do kielicha, nie dbając o nic? Wtedy to był gość! Elitarna elita. W socjalistycznej rzeczywistości radził sobie jak dupa w kiblu, a dzisiaj posucha. Sahara. Chłopcy chcieliby płynąć z kapitalistycznym prądem, ale zostali zrobieni w chuja, ogołoceni. Nagle szarość przerodziła się w jaskrawość i oślepiła ich, całkowicie i nieodwołalnie.
O czym ja, kurwa, myślę?! To jakieś nikomu niepotrzebne brednie. Gdybym chociaż to spisywał. Może coś by z tego było? Kiedy rozmawiam ze sobą w wannie przez czterdzieści minut, nie czuję takiego zażenowania jak w tej puszce, prowadzącej mnie donikąd w towarzystwie mister and madame nobody razy pięćdziesiąt.
Moglibyśmy już dojechać. Nie mogę patrzeć na te mordy. Patrząc na tych ludzi wiem, że ostatnią istotą, o jakiej mogliby pomyśleć, jest mój Mistrz. Nawet matka kiełbasa nie pomoże. Jak trwoga, to do Boga? Nie myślą o Bogu, tylko szukają sposobu... W tym śmierdzącym, obszczanym od dachu po nadwozie autobusie czuję się jak członkowie rodziny Radia Maryja i podwórkowych kółek różańcowych, którzy niesieni siłą bożej miłości w osiemdziesięcioletnim Ikarusie model wycieczkowy wspinają się na Jasną Górę. Nie wierzę w siłę bożej miłości. Odkąd skończyłem szesnaście lat, nie wierzę w Boga. Jestem w stanie uwierzyć tylko w coś, z czym mogę obcować sam, czego nie zobaczę w pełnej jaskrawości telewizyjnej migawki i nie przegryzę kawałkiem płatka z wypchanym barankiem... Dlatego wierzę w sztukę. Jestem naiwny, bardziej naiwny od katolików, którzy kupili sobie jezus malusieńki fiction w złotej obwolucie, gdzie złotymi zgłoskami grupka tęgich umysłów zapisała prawdy, do których zwykły śmiertelnik nigdy nie odnalazłby drogi. To taki przewodnik po Tatrach, tylko że po niebie. A co by było, gdyby zwierzę bez kończyn nie podało Ewie zakazanego owocu z drzewa poznania dobra i zła? Czy wtedy te miliony ludzi nie odróżniłyby tego, co dobre, od tego, co złe? To nieistotne. Miliony katolików i tak tego nie potrafią. ...
Kajetan Gendek
fragment tekstu pochodzący z 20 numwru "Rity Baum"
sobota, 10 grudnia 2011 18:02