Rozmowa z Ritą Baum, jedyną Polką, która stała się pismem

Twoja decyzja jest co najmniej kontrowersyjna - przerobiłaś ciało na pismo. Nie obawiasz się reakcji czytelników?
Wiesz, ciało które stało się pismem - albo może inaczej, żeby uniknąć bluźnierstwa: ciało-pismo...
Uniknąć bluźnierstwa? Przecież zależy ci na prowokacji.
Niezupełnie. Chciałabym uniknąć prowokacji negatywnej, jak ją nazywam, tzn. takiej, która dokonuje destrukcji czyjegoś systemu wartości - wnosząc w zamian tytko element zabawy, grę. Sens prowokacji widzę jedynie w dekonstrukcji, takiej przemianie, która tworzy nowe jakości.
Powiedzmy zatem: prowokacja pozytywna. Kogo chcesz sprowokować?
Postawiłeś w tym pytaniu zły akcent. To nie jest w nikogo wymierzone. To jest wymierzone w pewien styl myślenia i działania. W styl, który wrósł w wiele znanych mi czasopism kulturalnych i literackich i który nie dopuszcza żadnej zmiany. Jest on swego rodzaju faryzeizmem. Obawą przed przekroczeniem tego, co zapisane zostało wcześniej. To zniewolenie jakąś tam sferą tekstów i określonym zbiorem ich interpretacji.
W jaki sposób chcesz się temu przeciwstawić?
Ciągłą zmianą, wychodzeniem poza siebie. W grę wchodzą wszelkie transgresje, chociaż wiem, że to nie będzie łatwe, to długi i skomplikowany proces. Będę próbowała dotąd, dokąd starczy mi ciała.
No właśnie, na czym polega cialo-pismo?
Ciało-pismo sytuuje się na tle takich zjawisk we współczesnej polskiej prasie literacko-artystycznej jak pismo nosem albo pismo-na-głos. Myślę, że podstawowym dążeniem zjawiska ciało-pismo jest sfera graniczności. Graniczność zostaje osiągnięta między innymi wtedy, gdy tekst czy zbiór tekstów dotyka sfery cielesności, czyli staje się krańcowo biofizykalny. Z drugiej strony to ciało staje się tekstem. Szukam jakiejś konkretnej wizualizacji pisma-ciała i do głowy przychodzi mi jedynie ciało pokryte tatuażem, ale to tylko niewiele mówiąca namiastka.
To znaczy, że ujmujesz swoje ciało w ramy działania estetycznego. Czy to nie jest bliskie dandyzmu?
Wiesz, myślę, że to jest skrajny dandyzm. Z tym, że Baudelaire czy Oscar Wilde poprzestali na rygorze stroju i stylu bycia (jest pewien świetny esej Sartre'a o dandyzmie). Cóż, ja posunęłam się dalej, dalej już chyba nie można. Oczywiście pomijam tu możliwości biotechnologii genetycznej, która w niedalekiej przyszłości będzie zapewne programować istoty ludzkie pod względem estetycznym właśnie. A z drugiej strony chirurgia plastyczna. No, ale to idzie w innym kierunku. Mój kierunek to przydanie artystycznej, autotelicznej sztuczności temu, co żywe.
Połączyć sztukę z życiem - to nie nowy postulat...
Tak. Życiopisanie Stachury etc. etc. Celem jest dokonanie .syntezy. Zresztą, kiedy spojrzymy wstecz, odnajdziemy m.in. barokowe nakładanie sztuki na obyczaj i naturę, nadawanie wszystkiemu co żywe paradygmatu sztuczności, klasycznym przykładem są francuskie ogrody rokokowe.
Wspomniałaś wcześniej o kategorii graniczności. Czego dotyczy ta kategoria - poza napięciem między cielesnością a tekstem?
Graniczność, o której myślę, to również obszary ścierania się różnych paradygmatów myśli ludzkiej. To także ta cienka linia zwana limes, na której kończy się myślenie filozoficzne czy kończy się w ogóle myślenie; to rejon, który mnie interesuje najbardziej. Z drugiej strony pogranicza dziedzin ludzkiej kreacji - filozofia/literatura, literatura/performance... To są obszary przypominające styki płyt tektonicznych, obszary kumulacji fermentu.
Nie boisz się fermentu dla fermentu?
To już zależy od tego, co kto potrafi dla siebie wyzyskać z tego fermentu. Ferment stoi gdzieś z boku człowieka, na jego marginesie - i tylko od pojedynczego indywiduum zależy, czy potrafi przekształcić to-co-nieludzkie w fermentację mentalną. Wiesz, ciało-pismo może być zaledwie katalizatorem reakcji mentalnej. Reszta zależy od czytelnika.
Rozmawiał Mar. Jot Czerwiński
poniedziałek, 02 sierpnia 2010 13:09


